Verva Street Racing

Verva Street Racing, żenada roku

Verva Street Racing wpisała się już na stałe do kalendarza najważniejszych imprez motoryzacyjnych stolicy. W tym roku była to już szósta edycja, czym różniła się od poprzednich? Była zdecydowanie najgorsza.

Co się stało, że się….nie udało?

W poprzednich latach organizatorzy Verva Street Racing przyzwyczaili nas że w Warszawie możemy mieć imprezę motoryzacyjna na światowym poziomie. Najszybsze samochody, światowe gwiazdy zarówno za kierownicami aut, jak i na scenie z mikrofonami. Do tego dochodziła wyjątkowa atmosfera Stadionu Narodowego, gdzie zorganizowane były trzy poprzednie edycje. Do wcześniejszych imprez, które jeździły po zamkniętym centrum stolicy też nie można specjalnie się przyczepiać. Jednak w tym roku coś poszło nie tak. Nie były to jakieś drobne niedociągnięcia, tylko cała impreza była zorganizowana fatalnie.

Rozpoczynając od miejsca w którym Verva Street Racing się odbywała. Czysto teoretycznie można powiedzieć że lokalizacja prawie taka jak w zeszłym roku, bo przecież pod samym Stadionem Narodowym. Jednak tu, prawie robi ogromną różnicę. Parking gdzie wszystko się odbywało wysypany jest tłuczniem. Co to oznaczało w praktyce? To że wszystkie wystawione samochody pokryte były warstwą kurzu który unosił się wszędzie. Ale nie była to cienka warstewka którą wystarczyło lekko zmieść z samochodów żeby znów się błyszczały, tu warstwa wyglądała tak jakby samochody stały przez 30 lat w stodole. Widok najnowszych Ferrari, Lamborghini czy Aston Martinów tak wyglądających mógł przyprawić o zgrzytanie zębów, nie mówiąc już bezcennych klasykach przywiezionych z muzeów. Za żadne pieniądze nie zgodziłbym się wystawić samochodu w takich warunkach.

Pit party, droga przez mękę

Na tym nie koniec z problemami z nawierzchnią parkingu. Tłuczeń oprócz tego że się wznosiły się z niego tumany kurzu strasznie utrudniał poruszanie się po nim. Wystarczy przejść się kawałek po takich kamykach żeby mieć dość dalszego zwiedzania. Najgorszy był widok ludzi usiłujących poruszać się po tym parkingu z dziećmi w wózkach, w końcu Verva Street Racing to impreza rodzinna. Łatwiej było wózek ciągnąć za sobą niż pchać. Gdy chcieliśmy się dostać na trybuny, lub do strefy gastronomicznej trzeba było jeszcze pokonać kładkę, co z wózkiem było niemożliwe. Kilkadziesiąt wózków zaparkowanych pod kładką mówiło wszystko. Pytanie tylko czy żaden z nich nie zmienił w międzyczasie właściciela.

No dobrze zapomnijmy o niedogodnościach z trudnym przejściem i brudnych butach pokrytych warstwą jasnego pyłu, w końcu przyjechaliśmy oglądać samochody. Te były ustawione w ogromnych namiotach zbudowanych wzdłuż alejek nieszczęsnego parkingu. Dodatkowo oczywiście prawie wszystkie namioty były zamknięte dla publiczności. Tłumy oglądających mogły co najwyżej popatrzeć sobie na okurzone samochody zza taśmy, przy okazji blokując całkowicie przejście w alejkach pomiędzy namiotami. O dodatkowym pechu mogą mówić oglądający którzy przyjechali na Verva Street Racing później. W większości namiotów nie było oświetlenia i po zmroku za dużo sobie nie mogli pooglądać. Przecież to trudno przewidzieć że skoro mamy połowę września to dzień jest krótszy i ciemno robi się już przed 19, a impreza była przewidziana do 20.

Szczęściarze na trybunach

Verva Street Racing w tym roku była otwarta dla publiczności za darmo. Można powiedzieć że to świetny ruch żeby przyciągnąć tłumy zwiedzających, to prawda. Jednak co z tego skoro te tłumy niewiele mogły zobaczyć.

Wokół toru na którym zorganizowane były przejazdy pokazowe zbudowano trybuny. Fajnie. Tylko że przez cały czas trwania imprezy były one całkowicie wypełnione po brzegi. Na zewnątrz czekał tłum chętnych do wejścia blokowany przez stewardów. Jeden problem, z trybun nikt nie wychodził więc tak czekać na wejście można było w nieskończoność, po prostu liczyć na to że komuś się znudzi i zwolni miejsce. Szczerze, to w tym momencie wolałbym zapłacić za bilet i mieć zagwarantowane miejsce na trybunach, niż czekać bóg wie ile czasu patrząc się w ten cholerny tłuczeń pod nogami.

Verva Street Racing na scenie

No dobra, zapomnijmy na chwilę o tych “drobnych” niedociągnięciach organizacyjnych. Uznajmy że jesteśmy tymi szczęściarzami którym udało się dostać na trybuny i możemy wreszcie zobaczyć samochody w akcji, okraszone występami gwiazd muzyki.

Hmmm, no prawie. Jakoś blask tegorocznych gwiazd mnie nie oślepił. W poprzednich edycjach na scenie występował Jamiroquai, swój program mieli prowadzący Top Gear czyli niezrównane trio Jeremy Clarkson, Richard Hammond i James May. W tym roku Grzegorz Hyży, Cleo, Afromental i Kayah. Oczywiście nic naszym gwiazdom nie ujmując, to jednak chyba trochę mniejszy kaliber, a słysząc po raz tysięczny hity typu “Supermenka” czy “Testosteron” spokojnie mogłem oddalić się w kierunku samochodu zaparkowanego gdzieś daleko. Bo o parkingach też jakoś organizatorzy chyba zapomnieli.

A co na torze?

Poza wielkimi nazwiskami na scenie do tej pory wielkie nazwiska występowały również na torze. Tu też nastąpiła “dobra zmiana”. Tak trudno zdecydować się kogo zaprosić do udziału w Verva Street Racing, prościej jest więc nie zaprosić nikogo. Po co nam Carlos Sainz, Marcus Gronholm, Tomasz Kuchar, czy Adam Małysz. Impreza jest za darmo więc nie trzeba dużych nazwisk żeby przyciągnąć tłumy.
Na posterunku pozostał tylko Kuba Przygoński który jeszcze jest sponsorowany przez Orlen, ze sponsorowania Małysza wycofali się całkiem niedawno.

Samochody Jamesa Bonda

Kto z nas nie oglądał choćby jednego z 24 nakręconych do tej pory filmów o przygodach niesamowitego agenta Jamesa Bonda? Wszyscy wiedzą też że jednym z nieodłącznych elementów każdego z tych filmów były samochody. Przez te 50 lat Bond najwierniejszy był różnym modelom marki Aston Martin, jednak używał też samochodów: BMW Z8 i 750iL, Lotus Esprit, Ford Mustang, Ford Fairline, Toyota GT 2000, Citroen 2CV, Mercury Cougar, Sunbeam Alpine, AMC Hornet, AMC Matador. Lista dość pokaźna więc hasło “samochody Jamesa Bonda” może działać na zmysły.
Jednak nie na Verva Street Racing. Tutaj zaprezentowano aż trzy sztuki. Po jednym egzemplarzu: Aston Martin DB11, Aston Martin DBS i Aston Martin Vanquish. A gdzie najważniejszy Aston Martin DB5? A gdzie inne samochody?
Samochody przejechały dwa kółka po torze i tyle. Żenada!!!

Polskie prototypy

Kiedyś byliśmy prawie potęgą motoryzacyjną, ale tylko prawie. Pewnie się narażę wyznawcom kultu Syrenki i Malucha, czyli naszych najwspanialszych wytworów samochodopodobnych. Nieważne. Na Verva Street Racing mogliśmy podziwiać mocno przykurzone prototypy polskich samochodów, przykurzone nie ze względu na zapomnienie, ale na ten cholerny pył z parkingu.

Przyjechała dość duża reprezentacja zbiorów Muzeum Techniki, których jak wiadomo część porusza się nawet o własnych siłach. Po samochodach Bonda, kolejną atrakcją na torze miały być właśnie polskie prototypy. I były, a jakże….trzy czy pięć.
Sam nie wiem jak to skomentować. O ile Stratopolonez to pojazd zupełnie wyjątkowy i nikogo nie trzeba o tym przekonywać, ale czy garbata Warszawa lub Syrenka są również tak wyjątkowe. Przecież można było zaprosić replikę Syreny Sport, nie mówiąc o naszym legendarnym supersamochodzie Arrinera Hussarya, który póki co jeździ gdzieś na zachodzie. Na osłodę dostaliśmy dużego Fiata z obciętym dachem, wyglądającego trochę na samoróbkę.

Co się udało na Verva Street Racing?

Można powiedzieć że tych plusów nie było zbyt dużo. Oczywiście efektowne jak zawsze pokazy drifterów czy akrobacje na motocyklach się do nich zaliczały. Tylko jak na imprezę z takim rozmachem to troszkę za mało. Organizatorzy chwalą się rekordową frekwencją 110 tysięcy odwiedzających. W statystykach wygląda to ładnie, tylko ile z tych osób mogło zobaczyć samochody na torze na żywo? Ci co przyszli wcześnie i zaklepali sobie miejsca na trybunach. Pozostali pewnie by woleli zapłacić za bilety i mieć zagwarantowane miejsca żeby zobaczyć całe show, a nie tylko kilka strasznie zakurzonych samochodów, nawet jeśli to były Ferrari, Porsche czy cokolwiek równie egzotycznego.

Mocną stroną tegorocznej Vervy były atrakcje zorganizowane przez służby mundurowe. Do strażaków kolejka dzieci z rodzicami cały czas była długa, ale tutaj przynajmniej na jej końcu była jakaś atrakcja. Dzieciaki mogły wspinać się po drabinkach, zjeżdżać na linie, gasić pożar lub wejść do prawdziwego wozu strażackiego i obejrzeć go z bliska, czy też przeżyć chwile grozy w symulatorze pożaru. Ogólnie strefa dla dzieciaków była zorganizowana w porządku i maluchy miały co robić. Strefa gastronomiczna obstawiona przez foodtrucki też nie zawiodła.

Tylko to chyba jednak trochę za mało jak na tak dużą imprezę, jaką miała być Verva Street Racing. Dobrze że chociaż organizatorzy nie kazali sobie płacić za tą katastrofę.

>>>>Motoclassic Wrocław
>>>>Muzeum Ferrari
>>>>Autonostalgia 2016
>>>>Kolekcja wraków Tadeusza Tabenckiego